Bolt przekonany za cytrynówkę. Memoriał Skolimowskiej, jakiego nie znacie
Wszyscy bliscy Kamili Skolimowskiej i ludzie, którzy dziś stanowią o sile jej Memoriału, woleliby, aby tej imprezy nigdy nie było. Bo to oznaczałoby, że byłaby wśród nas mistrzyni olimpijska z Sydney. Zawsze pogodna, otwarta, wesoła młociarka jest jednak upamiętniana w sposób adekwatny do tego, jaka była. Od 2009 roku i pierwszej edycji zawodów – jeszcze na stadionie Skry w Warszawie – wokół wydarzenia nazbierały się dziesiątki anegdot. Oto dziewięć takich, które wykuły się w pamięci w sposób szczególny. Takich, które w ogóle nadawały się do publikacji.
Armand Duplantis zadzwonił zmienić rozbieg. I się odwdzięczył
Rok 2024 – dla Memoriału historyczny. I dziś to nie do wiary, że oba rekordy świata, jakie wtedy padły, mogły wysypać się na ostatniej prostej.
Jeszcze w Paryżu – na wystawionej na cześć Armanda Duplantisa imprezie po olimpijskim rekordzie świata – tyczkarz zaczepił organizatorów ze Śląska. Zapytał wtedy, na którym rozbiegu ma skakać w tamto lato.
Bo chciałby na tym dłuższym, bliżej murawy.
Uznano w przypływie emocji, że Szwed robi sobie żarty. Zwłaszcza że w programie wydarzenia kulomioci zaczynali o podobnej porze. Przestawienie programu nie wchodziło w grę, a spełnienie prośby Mondo skutkowałaby absolutnym chaosem. W końcu ten drugi rozbieg i koło do pchnięć dzieli może 15 centymetrów.
Ale na cztery dni do Memoriału dzwoni jego menedżer. I przypomina się z tematem, o którym zresztą po Paryżu kompletnie zapomnieliśmy – wspomina Piotr Małachowski.
Dobę później zadzwonił ponownie.
Armandowi bardzo zależy - powiedział.
Tyczkarz twierdził, że ma to sprawdzone z poprzednich lat. Rozbieg bliżej murawy jest dłuższy, a tartan na nim mniej zniszczony. A przez to można biegać szybciej. Gdy menedżer zadzwonił trzeci raz, w Polsce zrozumiano, że jeśli nie wykonają żadnego ruchu, stracą być może szansę na coś historycznego. I ryzykują drobnym niesmakiem. Decyzja zatem mogła być tylko jedna. Mimo że kulomiotom przerywano zawody, a w jednym czasie na małym obszarze nie było jak przejść, efekt końcowy był spektakularny.
Wynik 6,26 metra – wtedy najwyższy skok w historii – miał swój finał w biurze komitetu organizacyjnego. Szef mityngu Marcin Rosengarten wyszedł z sali mokry i lepki od szampana, który na niego wylano. Zaryzykowali i wygrali. To znaczy Duplantis wygrał. Bardzo dużą premię.
Jakob Ingebrigtsen i buty z marketu. Jedyne na półce uratowały rekord świata
O Armanda Duplantisa nie trzeba było się martwić, ale wyczyn Jakoba Ingebrigtsena na 3000 m do końca wisiał na włosku. Wszystko, bo na dzień przed mityngiem – podczas treningu – pękły startowe kolce Norwega.
To były jego jedyne. I jakiś specjalny model. Musiał mieć takie same, tylko że takich samych po prostu nie było jak załatwić – wspomina Marcin Lewandowski, który w trakcie bicia rekordu
podawał mu przy bieżni czasy.
Lewandowski podwójnie uratował Jakoba. Ingebrigtsen był pogodzony, że nie pobiegnie, bo do najbliższych kolców zapasowych nie zdążyłby dojechać samochód. Te bowiem były w Berlinie. To kilkanaście godzin jazdy w obie strony z Chorzowa. Wtedy jednak Marcin poruszył niebo i obdzwonił wszystkie sklepy biegowe w okolicy. Tracił już nadzieję, gdy okazało się, że w końcu w jednym z nich mieli jedną parę – dokładnie ten model.
Dobra, ale jaki to jest rozmiar? – zapytał.
Taki a taki.
O cholera. To ten sam.
Wdzięcznością Jakoba był fenomenalny wynik 7:17.55 – rekord świata na dystansie, na którym poprzedni rekordzista przetrwał tak długo, że w końcu następcy obiecał mercedesa. Czy Jakobowi go podarował, nie wiadomo.
Usain Bolt za cytrynówkę. Na tak zwanym Big Stadium
Jedyny start Usaina Bolta w Polsce przypadł na 2014 rok. A poprzedziło go zwiedzanie Europy przez ojca Jamajczyka, który przyjechał m.in. na mityng w Ostrawie. Tam Usain bywał regularnie, a oba wydarzenia łączyła postać Alfonza Jucka – wtedy dyrektora sportowego „Kamy” i „Zlatej Tretry”. To on zaproponował seniorowi Boltowi, aby odwiedził polskie zawody. I tak się stało, co miało kluczowe znaczenie dla zaproszenia rekordzisty świata.
Usain został prawdopodobnie zakontraktowany dzięki smaku cytrynówki, którą osobiście robił Robert Skolimowski – śmieje się teraz Marcin Rosengarten.
Tata lekkoatlety do pokoju zabrał dwie butelki. I tam dokończył kolację dla zawodników, która wtedy jeszcze odbywała się przed, a nie po mityngu. Wcześniej jednak miał jeszcze jeden warunek: stadion. Rosengarten wspomina, że jego gość był zachwycony Stadionem Narodowym, kiedy obaj przejeżdżali obok w drodze na oficjalny trening. Nazwał go „Impressive Big Stadium”. Gdy dotarli na Orła – obiekt, który do 2013 roku włącznie był areną Memoriału – Bolt senior nazwał go rozgrzewkowym. I długo nie było odważnego, który wyprowadził go z błędu. W końcu zrobił to główny organizator.
A czy jeśli rozłożylibyśmy bieżnię tam, na piłkarskim Narodowym, to Usain by przyjechał? – padło badawczo.
Przed kolacją z cytrynówką Marcin usłyszał odpowiedź, że „niewykluczone”. Następnego dnia rano już, że „jak najbardziej”. Reszta jest historią, która – pomimo smaku trunku – wciąż kosztowała milion. Ten jednak się zwrócił. Podobno Bolt do dziś zastanawia się, jakim cudem na fasadzie Narodowego wyświetlali jego nazwisko. Dziwi się też, jak udało mu się odpalić gry na PlayStation pożyczonym do hotelu od Anity Włodarczyk. Miało polskie menu i nikt nie potrafił mu pomóc.
Kolacja dla młociarza? Hot dog. Zawiezieni jedynym busem
Same początki imprezy – 2009 rok, wszystko organizowano jeszcze niskim nakładem, garstką przyjaciół i jednym busem. Zresztą volkswagenem, który wcześniej należał do Kamili. Nim po zawodników osobiście jeździł Rosengarten, dlatego nie było szans, aby cały dzień przed imprezą spędził na kursach między lotniskiem a hotelem.
Przyjechali Kristian Pars, Primoz Kozmus, Tatiana Łysienko, Ypsi Moreno… śmietanka rzutu młotem. Ale co z tego, jeżeli lądowali o różnych porach, a auto było jedno? Dzwoniło się i prosiło, aby czekali na odbiór. Czasem jedną, niekiedy po dwie godziny. Dziś to nie do pomyślenia, wtedy jednak norma – śmieje się Marcin, ale zaznacza: – nikt obrażony nie był. Nie po kolacji, jaką im zafundowaliśmy.
Krewetki, kawior? Nie. Kiedy grupa młociarzy jechała tym busem z lotniska, Rosengarten musiał zatankować. Wszystkim kupił na stacji po dwa hot dogi.
Jeżeli rzucą w te chaszcze, nie znajdą młotów. Kto to skosi?
To też historia ze Skry. Początki Memoriału i ekipa, która bardzo chciałaby organizować imprezę marzeń, ale nie bardzo orientuje się, jak się za to zabrać. W końcu tuż przed wydarzeniem bliscy Kamili pojechali zobaczyć obiekt, na którym miała odbyć się rywalizacja. Nie wszystkich, ale większość zdziwiło, że na lekkoatletycznym obiekcie rośnie tak wysoka trawa.
A jak oni będą mierzyli odległości? – to pytanie usłyszał obecny tam także
Krzysztof Kaliszewski, ówczesny trener Włodarczyk.
W sensie?
Przecież jak te młoty wpadną w taką trawę, nikt ich nawet nie znajdzie. To trzeba skosić – stwierdził Rosengarten.
I tym samym podpisał na siebie wyrok, bo kwadrans później osobiście pchał już kosiarkę. Co warte wspomnienia, ręczną, jak do ogródka przy domu. Co równie warte wspomnienia, powierzchnia do skoszenia to mniej więcej 100x65 metrów. Zdążył. Choć chyba uczciwiej byłoby napisać, że „przeżył”.
Oznaczenie na murawie – dla Anity. Ważniejsze niż tabliczka z metrami
Sezon 2015 i 2016. Anita Włodarczyk w swoim absolutnym prime time’ie – po kolejnych rekordach świata. Niestety w 2015 roku Memoriał odbywał się już po szczycie jej formy, już po tytule mistrzyni świata wywalczonym w Pekinie. Polka czuła, że pomału zaczyna brakować jej energii, ale dla Kamili pragnęła jeszcze wzbić się na wyżyny.
Wymyślcie coś, żeby mnie zmobilizować – rzuciła w żartach.
Pomysłów było kilka, ale najskuteczniejszym okazał się prosty, zwykły zakład. Tyle że organizatorzy postanowili uczynić sprawę publiczną. Nie mając jeszcze wytycznych, jak powinny wyglądać stadiony i wystrój (te narzuca już jako organizacja Diamentowa Liga), wymyślono, że na rzutni zostaną wytyczone linie, których przerzucenie będzie oznaczać konkretną nagrodę. W ten sposób tabliczka przy 80. metrze mówiła przede wszystkim o zabiegu manicure. Linia rekordu świata wyznaczała kupno butów.
Anita w 2015 roku rzuciła w Memoriale 78,16 metra. Po roku ustanowiła już jednak wybitny rekord świata: 82,98 m.
Teresa, nie uwierzysz! Pierwszy telefon po przyznaniu Diamentowej Ligi
Dziś Memoriał funkcjonuje już w innych realiach. Ale jak wszystko w historii tej imprezy, i pozyskanie praw do Diamentowej Ligi odbyło się w szalony sposób. Gdy w covidowym 2021 roku Chorzów dobrze zorganizował pandemiczne World Relays, Rosengarten z ciekawości zadzwonił do Jona Ridgeona – prawej ręki Sebastiana Coe’a. Cel rozmowy: rozeznanie, co liga zamierza zrobić z odwoływanymi kolejnymi przystankami cyklu.
Będę o tobie pamiętał – usłyszał Polak, choć wówczas odebrano to jako „oddzwonimy do pana”
aniżeli jakkolwiek wiążącą deklarację.
Na sezon 2021 było i tak za późno. Ale minęło pół roku, nastała zima. Telefon przypominający, z delikatnym poczuciem narzucania się ważnej personie. Co zabawne, prawdopodobnie nie byłoby go, gdyby nie namowa ze strony Marii Andrejczyk. Rosengarten z góry zakładał, że niewiele wskóra i dzielił się tym sceptycyzmem. Oszczepniczka uważała inaczej i niejako wymusiła na Marcinie próbę.
Ridgeon odebrał.
A wiesz, Marcin, że dzwonisz w idealnym momencie? Właśnie dostaliśmy informację, że Chiny przez pandemię pozostaną zamknięte.
To było 25 stycznia. Chwilę później Petr Stasny – szef DL, który dowiedział się o alternatywie – poprosił o przesłanie aplikacji: z budżetem, planem, szczegółami. W połowie marca to w Polsce odebrali telefon.
To jak? Robimy?
Nie zapomnę tego, co poczułem w tamtej chwili. Zrobiło mi się na zmianę gorąco i zimno. Wziąłem głęboki oddech, drugi, dotarło do mnie, że to wszystko jest prawda – wspomina po czasie Marcin Rosengarten.
Pierwszą osobą, do której zadzwonił z tą informacją, był rzecz jasna Robert Skolimowski. Rozmowa wyglądała następująco:
Mamy Diamentową Ligę.
(cisza w słuchawce)
TERESA? TERESA!!! – krzyknął w mieszkaniu, po czym nie było kontynuacji.
Telefon się rozłączył. Później Robert i Teresa przyznali, że też zrobiło im się na przemian zimno i gorąco.
Vetter rzucił tak, że przerywali konkurs kuli. Bo dziadek był z Chorzowa
Ten rzut pamiętają wszyscy. W końcu 97,76 metra uzyskane na Śląsku w 2021 roku do teraz jest drugim najlepszym rezultatem w oszczepie w dziejach. Sprzęt Niemca wyglądał tak, jakby wypadł ponad dach stadionu. A wbił się tuż obok operatorów kamer obsługujących po drugiej stronie płyty zawody kulomiotów.
Odsunąć ich, odsunąć ich! – biegali wtedy organizatorzy, krzycząc o dodatkowe miejsce.
On będzie bił rekord świata!
Rekordu ostatecznie nie było, ale zarządzane kulomiotom przerwy od pchnięć – już tak. Jednak najbardziej szkoda, że Vetter już więcej nie pojawił się na „Kamie” z powodu kolejnych urazów. Bardzo chciał z powodu, którego wyjawienie kompletnie zaskoczyło wszystkich na bankiecie.
Marcin, bo mój dziadek jest Polakiem.
Skąd?
Z Chorzowa. Pisał nawet do mnie po rzucie. Gdy będę tu następnym razem, muszę się z nim spotkać.
Meteoprognoza Teresa Skolimowska. Niezawodna
Pani Teresa Skolimowska, mama Kamili, jest zresztą kluczową postacią Memoriałów. To ona co roku informuje zespół organizacyjny, że rozmawia z córką w przeddzień imprezy jej pamięci. I co istotne, niezależnie od prognoz pogody przekazuje wiadomość o zerowym zagrożeniu opadami deszczu. To stały element odpraw przed zawodami. I stale skuteczny. W 2025 roku burza, jaka przeszła nad Śląskiem, skończyła się o 13:29. O 13:30 ruszała ceremonia otwarcia. Wyszło Słońce. Kama w końcu obiecała to mamie.





