Była komisarz UE: Myśląc o Ukrainie w UE przypomnijmy sobie swoją własną drogę do Unii
Elżbieta Bieńkowska - b. wicepremier w poprzednim rządzie Donalda Tuska - była w latach 2014-2021 komisarzem UE ds. rynku wewnętrznego i usług. Wciąż zajmuje się politykę europejską, choć z zupełnie innej perspektywy. Od września 2023 r. jest przewodniczącą brukselskiego think tanku Centre for European Policy Studies. W rozmowie z PAP mówiła m.in o pozycji Polski w UE i znaczeniu rozszerzenia Wspólnoty.
PAP: Polska jest szóstą gospodarką UE. Czy rozkręcona gospodarka przekłada się na silną pozycję polityczną w Unii?
Elżbieta Bieńkowska: - Niewątpliwie tak, choć do idealnej pozycji trochę nam jeszcze brakuje. Uważam, że w ciągu kilku lat Polska powinna znaleźć się w trójce, no powiedzmy w piątce, rozgrywających krajów w Unii. W ciągu ostatnich 2-3 lat nasza pozycja w UE znacznie się wzmocniła. Zobaczymy jednak, czy to przełoży się na wynik negocjacji unijnego budżetu na lata 2028-2034. Mamy dwie grupy krajów – pierwsza chce mniejszego budżetu a są w niej m.in. Niemcy i kraje nordyckie. Druga opowiada się za utrzymaniem propozycji Komisji Europejskiej (opiewa na 2 bln euro – red. PAP). Polska należy do tej drugiej. Wynegocjowanie korzystnego pakietu budżetowego będzie wyznacznikiem realnych wpływów naszego kraju.
To, że Polska coraz więcej znaczy w UE wynika m.in. z przywrócenia w kraju porządku demokratycznego. Co więcej wszyscy w Europie zauważyli wreszcie jak wielkiego skoku dokonaliśmy. Niestety my sami tego do końca nie doceniamy. Nasz awans dostrzegamy dopiero wtedy, kiedy wyjeżdżamy zagranicę, do krajów którym wiodło się kiedyś lepiej a teraz na tle Polski wypadają blado. Nie bez powodu w europejskich mediach dużo pisze się o polskim sukcesie gospodarczym. To jest osiągnięcie największe od pokoleń, historyczne. Wielu ekonomistów porównuje go z sukcesem Singapuru. Singapur leży w innej części świata, rozwijał się w azjatyckich warunkach, zaś Polska wydźwignęła się z zapaści komuny. Uważam, że za mało chwalimy się na świecie tym, do czego doszliśmy.
PAP: Podobnego skoku dokonała po wejściu do UE w latach 80. Hiszpania.
E.B.- Owszem w połowie lat 80. Hiszpania uchodziła za kraj biedny na tle ówczesnych członków Wspólnoty. Kiedy jednak Polska zaczynała negocjacje z UE, znajdowaliśmy się w dużo gorszym położeniu. Wchodząc do Unii byliśmy najbiedniejszym jej członkiem pod względem wysokości PKB na głowę mieszkańca. W 2004 r. PKB per capita w Polsce stanowił 52 proc. średniej. Dziś sięga poziomu 80 proc. I to przekłada się na naszą pozycję polityczną.
PAP: Kilka miesięcy temu Polska przegoniła Portugalię pod względem poziomu PKB na mieszkańca. Kolejnym kamieniem milowym będzie wyprzedzenie Hiszpanii?
E.B. - Każdy z takich momentów jest bardzo chwytliwy medialnie. Jeżdżąc po Europie nieustannie powtarzam jak bardzo dynamicznie się rozwijamy. Szalenie istotne jest uzmysłowienie europejskiej opinii publicznej, że przestaliśmy być zapleczem taniej siły roboczej w UE. Polska stała się już ważnym europejskim graczem.
Co więcej uważam, że jesteśmy na najlepszej drodze ku temu, by być równie wpływowym państwem co Francja czy Niemcy. Kiedy wchodziliśmy do UE było jasne, że jak czegoś nie chciał Berlin albo Paryż, to nie było szans, by to przeforsować. Mam nadzieję, że za kilka lat tak samo wszyscy liczyć się będą ze zdaniem Warszawy. Nie przywiązywałabym jednak zbytniej uwagi do tego, kiedy prześcigniemy Hiszpanię. Ważne jest to, że w Polsce rośnie siła nabywcza. I że znaleźliśmy się w grupie najbogatszych krajów świata – G-20.
PAP: Czy to nie osłabia pozycji Polski w negocjacjach budżetowych? Wyciągamy rękę po duże pieniądze z unijnej kasy jakbyśmy byli wciąż na dorobku, a pretendujemy do stałego miejsca w G-20…
E.B: - Gramy o utrzymanie na odpowiednim poziomie finansowania polityki spójności, bo polskie regiony są bardzo zróżnicowane pod względem zamożności. Nie wyciągamy ręki po pieniądze, ale opowiadamy się za dużym budżetem UE – takim, w którym znajdą się pieniądze zarówno na politykę spójności, wspólną politykę rolną jak i na obronność, konkurencyjność europejskiej gospodarki czy fundusze dla firm, które mają szansę stać się europejskimi jednorożcami. Co z tego wyjdzie, zobaczymy. Duży budżet trzeba będzie jakoś sfinansować. Konieczne będzie znalezienie dodatkowych źródeł dochodów. Uchwalenie budżetu na kolejną siedmiolatkę jest niewątpliwie najpilniejszym zadaniem jakie stoi przed Unią. Niestety państwa członkowskie cały czas stawiają interesy narodowe ponad interesami całej Wspólnoty. To niekończąca się opowieść. Obawiam się, że te negocjacje budżetowe będą jeszcze trudniejsze niż poprzednie.
PAP: Jak duże są szanse na znalezienie kompromisu do końca 2026 roku?
E.B: - 50 procent. I to jest optymistyczny szacunek.
PAP: Co jest dziś największą siłą a co największą słabością Polski w UE?
E.B: - Największą siłą jest mocna gospodarka, co w dużej mierze zawdzięczamy polskim przedsiębiorcom. I zdecydowana postawa rządu w kwestii obronności. Polska przeznacza bardzo duże pieniądze na modernizację armii. Dla nas jest to coś oczywistego, bo mamy wojnę za granicą, ale w UE wydawanie niemal 5 proc. PKB na obronność nie jest wcale takie oczywiste. Polska staje się w tej dziedzinie liderem, wzorem dla innych krajów. Mocną stroną Polski jest także wciąż bardzo duży odsetek zwolenników członkostwa w UE. Wszystkie badania opinii publicznej pokazują, że Polacy są społeczeństwem zdecydowanie proeuropejskim. I to pomimo faktu, że rok przed wyborami w siłę rosną dwie antyunijne partie – Konfederacja i Konfederacja Korony Polskiej.
Słabością Polski jest to, że pozostajemy poza strefą euro. Wspólną walutę należało przyjąć pod koniec pierwszej dekady, kiedy spełnialiśmy niemal wszystkie kryteria ekonomiczne. Od tego czasu do strefy euro weszły kraje, które w statystykach gospodarczych wypadały kiedyś znacznie gorzej niż Polska, ale dzięki decyzji politycznej o przyjęciu wspólnej waluty i konsekwencji osiągnęły ten cel. Argumentem za przyjęciem wspólnej waluty powinno być dla rządzących to, że euro stanie się jeszcze jedną kotwicą trzymającą Polskę w Unii.
PAP: Raz po raz wraca dyskusja o Polexicie. Jak duże jest ryzyko wyjścia Polski z UE?
E.B: Nie chciałabym usypiać naszej czujności mówiąc, że nie mamy się czym przejmować. Niemal codziennie myślę o tym jak poukłada się scena polityczna po wyborach 2027 roku i dlaczego w tak proeuropejskim kraju coraz potężniejsze są partie antyeuropejskie. Pewnym pocieszeniem może być to, że antyeuropejska fala przechodzi również przez inne kraje UE. Weźmy np. Francję. Strach pomyśleć co stanie się, jeśli przyszłoroczne wybory prezydenckie wygra Zjednoczenie Narodowe Marine Le Pen…
PAP: Z sondaży wynika, że wygra. Czy jeśli tak, to będzie początek końca UE jaką znamy?
E.B: - Na pewno będzie problem z dalszym rozszerzeniem UE. Proces ten praktycznie zatrzymał się po przyjęciu do Unii 10 nowych państw członkowskich wraz Polską w 2004 roku oraz - dwa i pół roku później - Bułgarii i Rumunii. Komisja, w której zasiadałam była niestety sceptyczna wobec przyjmowania nowych członków. Rozpoczęto negocjacje z kilkoma, ale proces bardzo się ślimaczył. Klimat wobec rozszerzenia poprawił się z powodów geopolitycznych, a w szczególności wojny w Ukrainie. W UE panuje dziś zgoda co do tego, że należałoby przyjąć do Unii kilka nowych państw członkowskich. Argumentem „za” jest także sytuacja na Bałkanach, a w szczególności przykład Serbii, która trzymana w unijnym korytarzu podryfowała w stronę Rosji.
Pierwszym możliwym terminem rozszerzenia Unii o Czarnogórę i być może Islandię jest 2028 rok. Jeśli oczywiście Islandczycy opowiedzą się w referendum za wznowieniem negocjacji. Problem w tym, że zwycięstwo skrajnej prawicy we Francji postawi to wszystko pod dużym znakiem zapytania. Oczywiście Islandia i Czarnogóra to drobiazg w porównaniu z Ukrainą. Na Islandii mieszka mniej ludzi niż na Malcie, najmniej ludnym obecnie państwie członkowskim UE. Czarnogóra jest małym krajem, dość zintegrowanym z UE. Ukraina to wielki kraj z ogromną, zrujnowaną gospodarką. Jej akcesja to potężne wyzwanie dla wszystkich.
PAP. Ile mogą potrwać negocjacje akcesyjne z Ukrainą?
E.B: - Nie sposób tego przewidzieć, jest zbyt wiele niewiadomych, z wyborami we Francji włącznie. Dziś kraje UE są pozytywnie nastawione do akcesji Ukrainy, ale obawiam się, że może skończyć się to tylko na czczym gadaniu. Problemem może okazać się też wzbierająca fala nastrojów antyukraińskich w Polsce. Kiedy słyszę o tym co spotyka Ukraińców w Bielsku Białej czy Wrocławiu, nie mogą uwierzyć, że to dzieje się moim kraju! Wyobraźmy sobie co może się stać, jeśli w Polsce dojdą do władzy siły, które mówią dziś o deportowaniu Ukraińców i znajdą w tym sojuszników w rządzie francuskim.
PAP: Negocjacje zapewne utrudnią obawy o konkurencję ukraińską w tak ważnych dla nas sektorach jak rolnictwo czy transport. Rozumiem, że rząd postawi tu twarde warunki?
E.B: - To oczywiste, ale nie patrzymy na Ukrainę tylko jak na konkurencję czy zagrożenie dla polskich rolników albo właścicieli firm transportowych. Myślmy geopolitycznie! Gdyby w 2001 roku Niemcy, Francuzi czy Holendrzy w taki sam sposób potraktowali nasze rolnictwo czy sektor transportowy, nie wiem czy w ogóle weszlibyśmy do Unii. Przypomnę, że wtedy w Europie przestrzegano przed zalewem towarów rolnych z Polski. Swoją drogą okazało się częściowo prawdą, bo nasze produkty żywnościowe są doskonałej jakości, więc eksport do UE rośnie.
Myśląc o Ukrainie w UE przypomnijmy sobie swoją własną drogę do Unii. Pod koniec lat 90. w Europie zwykło się mówić, że Polska wchodzi do UE, tylko dlatego, że Niemcy widzą w niej duży rynek zbytu. Okazało się, że dla Europy była to świetna inwestycja polityczna. Po 22 latach jesteśmy jednym z najsilniejszych ogniw Unii. I ciągle rośniemy. Ukraina jest porównywalna z Polską. Nie chcę mówić, że będzie unijnym buforem, ale skutecznie stawia opór Rosji, więc w interesie całej Unii leży, by stała się jej członkiem.
PAP: Czy Polska nie powinna wspierać Ukrainy w jej unijnych aspiracjach? Moglibyśmy odegrać taką rolę jak w czasie naszych negocjacji akcesyjnych wzięły na siebie Niemcy?
E.B - To jest bardzo dobre porównanie. Spróbujmy nakłonić pozostałe państwa członkowskie do przyjęcia polskiej perspektywy. W październiku 2027 roku mamy wybory i Ukraina może stać się jednym z głównych tematów kampanii. Pozycja Polski w UE zależy w dużej mierze od tego kto je wygra. I czy Polska pozostanie stabilnym politycznie, proeuropejskim krajem.
Rozmawiał Jacek Pawlicki (PAP)
jap/ mok/
Polska, Warszawa





