Wiceszef MSWiA o wydarzeniach w Ceucie: Schengen przeżywa dziś kryzys
PAP: Jaka nauka płynie dla Polski z niedawnego kryzysu migracyjnego w Ceucie?
Maciej Duszczyk, wiceszef MSWiA: Przede wszystkim taka, że ochrona granic zewnętrznych i przewidywanie różnych scenariuszy powinno być absolutnym priorytetem dla całej UE. To, że w Ceucie, w której mieszka 83 tys. Hiszpanów w bardzo krótkim czasie pojawiły się 72 tysiące ludzi, wywołało w Europie wielki szok. Nie jestem wcale z tego szoku zadowolony, ale muszę przyznać, że po każdej tego typu nauczce w Unii Europejskiej wzrasta realizm w podejściu do procesów migracyjnych. I dobrze.
PAP: Czy „szturm” na hiszpańską eksklawę pokazuje, że polskie podejście do zagrożenia ze strony nielegalnej imigracji jest optymalne? Myślę o kombinacji czterech czynników – zapory granicznej, wojska i straży granicznej na granicy, monitorowania sytuacji po stronie białoruskiej oraz w strefie buforowej i zawieszeniu prawa do wnioskowania o azyl.
M.D.: To, co pan wymienił, to tylko część właściwej odpowiedzi. Podejście do problemu nielegalnej migracji jest skuteczne wyłącznie wtedy, kiedy mamy jeszcze dyplomację migracyjną. I kiedy wysyłamy jasne sygnały, że osoba, która nielegalnie przedziera się przez granicę, będzie musiała wrócić tam, skąd przybyła. Słowem zostanie deportowana. Niezbędne jest całościowe podejście do problemu wraz z rozsądną, odpowiedzialną polityką migracyjną, ukierunkowaną na wspieranie gospodarki. Z tego wynikała nasza determinacja, żeby większość uchodźców ukraińskich znalazła w Polsce zatrudnienie, wypełniając luki na rynku pracy. Polska przyjęła selektywne podejście do migracji, to znaczy otwieramy nasz rynek pracy na państwa, które są z nami kulturowo zbieżne, dotyczy to szczególnie Ukrainy i Białorusi. A to dlatego, że integracją kulturową najtrudniej jest zarządzać. Jeśli chodzi o radzenie sobie z nielegalną migracją, można powiedzieć, że Polska jest w Unii Europejskiej jednym z liderów. Jesteśmy zdeterminowani, by zatrzymać ten proces i to się udaje.
PAP: Kryzys na tak ogromną skalę mógłby się powtórzyć na naszej wschodniej granicy?
M.D.: 24 lutego 2022 roku mieliśmy do czynienia z wyzwaniem na dużo większą skalę. Wtedy musieliśmy przyjąć i zagospodarować nawet ponad 120 tys. osób dziennie. Oczywiście sytuacja była zupełnie inna, bo to byli uchodźcy wojenni. Duża część z osób, które znalazły się w zeszłym tygodniu w Ceucie, uciekała przed biedą i beznadzieją, ale ludzie ci raczej nie szukali schronienia przed wojną tak jak Ukraińcy w 2022 roku. Do Ceuty przedostali się zapewne nie tylko Marokańczycy, ale też obywatele innych krajów regionu. UE uważa, że Maroko jest tzw. pierwszym krajem bezpiecznym (w którym znajdują skuteczną i bezpieczną ochronę przed zagrożeniem czy prześladowaniami - PAP). Całe to zjawisko było tak nagłe, niespodziewane, a skala przekroczeń granicy była tak duża, że większość z tych 72 tysięcy wróciła do Maroka, choć nie wszyscy. Do dziś nie wiadomo, ilu ludzi ukrywa się jeszcze gdzieś w Ceucie. Mamy jednak pewność, że żaden z tych migrantów nie przedostał się na kontynent europejski.
PAP: Czy w Ceucie doszło do „weaponizacji” migrantów, czyli wykorzystania ludzi jako broni przeciwko Hiszpanii?
M.D.: Na wtorkowym posiedzeniu ministrów spraw wewnętrznych krajów UE poświęconym temu kryzysowi komisarz UE ds. migracji Magnus Brunner przyznał, iż nie wiadomo, czy mieliśmy do czynienia z polityczną instrumentalizacją migracji. Prawdopodobnie nie. Jego zdaniem z całą pewnością takiej instrumentalizacji dokonały gangi przemytników. W pewnym momencie w mediach społecznościowych pojawiło się tak wiele relacji o tym, że teraz jest najlepszy moment na przedostanie się do Ceuty, że ktoś musiał tym przepływem informacji zarządzać. Nie bez powodu ludzie, którzy znajdowali się gdzieś w pobliżu i czekali na możliwość przedostania się do eksklawy, ruszyli masowo do Ceuty.
PAP: UE wykazała się solidarnością z Hiszpanią? Apelował o nią szef MSZ tego kraju Jose Manuel Albares.
M.D.: Polska pozostaje w pełni solidarna z Hiszpanią. Jesteśmy w stałym kontakcie z władzami tego kraju. Kiedy dziesiątki tysięcy ludzi wdzierały się do Ceuty, byłem cały czas pod telefonem, ale Hiszpanie nie oczekiwali od nas pomocy. Monitorowaliśmy ściśle sytuację. Na granicy przebywał polski chargé d'affaires Tomasz Orłowski. Polskie służby były pod parą.
PAP: Polsce też grozi masowa instrumentalizacja migracji. Jesteśmy w podobnej sytuacji co Hiszpanie?
M.D.: I tak i nie. Problem Ceuty rozwiązał rząd Maroka. Polska nie może liczyć na to, że Aleksandr Łukaszenka pomoże nam w rozwiązaniu problemu na naszej wschodniej granicy. Samo zjawisko jest więc podobne, ale różnica dotyczy relacji pomiędzy państwami. Maroko jest na liście tzw. państw bezpiecznych. Hiszpanie prowadzą rozmowy z rządem w Rabacie, zaś UE negocjuje z tym krajem umowę długofalową, również dotyczącą migracji. Nie ma jednak wątpliwości co do tego, że w Ceucie doszło do poważnego kryzysu migracyjnego, który mógł przerodzić się w kryzys humanitarny.
PAP: To był największy kryzys migracyjny w Europie od 2015 roku?
M.D.: Myślę, że kryzys na granicy polsko-białoruskiej jest potężniejszy, choćby ze względu na potencjalne konsekwencje dla UE. W listopadzie 2021 w Kuźnicy duża grupa migrantów próbowała przedrzeć się na polską stronę. Codziennie bronimy naszej granicy przed nielegalnymi przekroczeniami. Jeszcze długo będziemy analizować wydarzenia w Ceucie, bo teorii spiskowych na temat przyczyn pojawiło się mnóstwo.
PAP: Czy Schengen przetrwa obecny kryzys? Niektóre kraje stawiają zasadnicze pytanie, czy ruch bez kontroli granic da się utrzymać. Włochy rozważają czasowe zawieszenie Schengen.
M.D.: Schengen nie można zawiesić. Pamiętajmy, że od 2006 do KE wpłynęło 500 wniosków o czasowe wprowadzenie kontroli granicznych. Polska też to zrobiła w 2012 roku, kiedy gościliśmy piłkarskie mistrzostwa Europy, a potem z okazji Światowych Dni Młodzieży. Wprowadziliśmy też kontrole na granicy ze Słowacją (te zostały już niesione), Niemcami czy Litwą. Włosi mają prawo zrobić to samo, tym bardziej że czasowe zamknięcie granicy jest zgodnie z prawem europejskim.
PAP: Myśli pan, że lekcja z Ceuty wzmocni Schengen czy wręcz odwrotnie, spowoduje podziały wśród krajów strefy i jej stopniową dezintegrację?
M.D.: W UE podziały są czymś naturalnym, państwa unijne są bardzo zróżnicowane. Dyskusje o przyszłości integracji, również te dotyczące Schenegn, są bardzo istotne. Jak dotąd zawsze udawało się znaleźć w tej sprawie konsensus. Osiągnięto go również na wtorkowym posiedzeniu Rady UE. Uzgodniono, że priorytetem jest ochrona granic zewnętrznych. I że jako Unia nie będziemy „nagradzali” ludzi za nielegalne ich przekroczenie np. poprzez legalizację pobytu w UE.
Ministrowie spraw wewnętrznych zdecydowali też, że kraje chroniące granicy zewnętrznej Unii otrzymają wsparcie. Kończąc swoje wystąpienie na tym spotkaniu, powiedziałem, że to, co wydarzyło się w Ceucie, musi nas wzmocnić. Mam nadzieję, że z tego kryzysu wyjdziemy mocniejsi, bardziej zjednoczeni. Różnice w podejściu i ocenie tego, co się stało w eksklawie, są czymś normalnym, bo w krajach UE mamy 27 rządów – jedne są bardziej lewicowe, inne bardziej prawicowe jeszcze inne tak jak w Polsce – centrowe. UE istnieje tylko dzięki temu, że pomimo różnic politycznych udaje im się dojść do kompromisu w zasadniczych sprawach. Boję się scenariusza, w którym w jednym z państw UE zacznie rządzić czysto populistyczna partia, która wywróci do góry nogami to wszystko, bo ten sposób zniszczy Unię Europejską, wyrządzając ogromną krzywdę własnemu państwu i innym.
PAP: Rozumiem, że ma pan na myśli np. AfD, które prowadzi w sondażach w Niemczech?
M.D.: Żeby takie partie nie rosły w siłę, jako UE zrobiliśmy w dziedzinie migracji bardzo dużo, by przekonać obywateli, iż mamy na tym kontrolę. Staraliśmy się przekonać europejską opinię publiczną, że nigdy nie powtórzy się to, co zdarzyło się w 2015 roku. Niestety migawki z Ceuty podważyły te wysiłki, zburzył obraz UE kontrolującej swe granicy. Musimy zrobić wszystko, by jak najszybciej odzyskać zaufanie społeczne. Obywatele UE muszą zrozumieć, że rządy populistów nie rozwiążą problemu nielegalnej imigracji. Mogą to zrobić jedynie wspólnie rządy tradycyjnych partii od prawa do lewa.
PAP: Może obiecać pan Polakom, że przyszłym roku, za dwa i trzy lata będą dalej podróżowali po krajach UE bez kontroli paszportowych?
M.D.: Należę do pokolenia, które stało po 7-8 godzin na granicy z Niemcami, więc mam nieco inną perspektywę. Nie byłoby dla mnie problemem, gdybym z powodu kontroli paszportowej musiał poczekać na granicy 15 minut czy pół godziny. Odczuwałbym co najwyżej dyskomfort. Schengen przeżywa dziś kryzys, nie ma co do tego wątpliwości. System działa gorzej niż kiedyś. Jestem jednak przekonany, że wyjdziemy z tego kryzysu. Raczej zmniejszając dolegliwości, niż powodując ich wzrost. Mam nadzieję, że nie wrócimy do sytuacji sprzed Schengen - nie zaczniemy w UE budować na nowo przejść czy strażnic granicznych. Gdyby do tego doszło, byłby to początek końca Unii Europejskiej. A rozpad UE byłby katastrofą dla Polski.
Rozmawiał Jacek Pawlicki (PAP)jap/ kcz/ mark/
Polska, Warszawa





